Covid19

o nas i o świecie

Maciej Popławski

Covid19 dotknął nie tylko nasze ciało, ale również umysł oraz cały system społeczno – ekonomiczny. Małe dzieci bez najmniejszego problemu wypowiadają słowo  „koronawirus” , zaś na chodnikach można zobaczyć napisane kredą hasło „epidemia”. Jesteśmy w strachu, boimy się o przyszłość, a jednocześnie w jakiś niewytłumaczalny sposób tak jakbyśmy czekali na ten moment.

Tuż zanim wybuchła pandemia, świat stanął na krawędzi kiedy Donald Trump zlecił zabicie Ghasema Solejmaniego. Wstrzymaliśmy oddech, Wielki Brat z Ameryki, stróż światowego porządku podjął działania mogące doprowadzić do katastrofy. Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy odpowiedź Iranu była symboliczna, zaś Trump złagodził swoje stanowisko. Chwilę wcześniej żyliśmy również pożarami w Australii, które przerażały nas swoją rozległością i kreśliły widmo katastrofy ekologicznej. Mieliśmy poczucie, że koniec  zbliża się nieuchronnie. Ale jak to zatrzymać? Jak zatrzymać pociąg, który niebawem runie w przepaść? Spotkania polityków, przedsięwzięcia wielkich korporacji, manifestacje ekologiczne. Protesty, duże słowa, obietnice, plany. Nikt jednak tak naprawdę nie miał pomysłu co zrobić. Może wojna? Jeśli już to nie na Zachodzie. Wyeksportowaliśmy ją dawno temu do krajów Bliskiego Wschodu. Nikt w Europie, nie zaryzykuje utraty swojego życia, a nawet, choć brzmi to strasznie, dobrobytu. Uchodźcy z rejonów, w których rozpętaliśmy wojnę, stoją u bram, lecz nikt im ich nie otworzy, najwyżej rzuci pełne współczucia i zrozumienia spojrzenie. Z jednej więc strony na Zachodzie panowało poczucie, że coś tu jest nie tak, że to powinno się wreszcie skończyć, że jest w tym szaleństwo, z drugiej jednak nikt naprawdę nie ważył się, ani nie potrafił tego zmienić. Ci, którzy czerpali korzyści z globalnego kapitalizmu, oraz liberalnej demokracji, mimo swiadomosci, że wyeksmitowali ubóstwo i wyzysk do biednych krajów , to nie chcieli ich tu z powrotem. Demolowanie natury i Ziemi, na której mieszkamy wydawało się nienajlepszym pomysłem, lecz prędzej upatrywano nadziei w emigracji ludzkości na Marsa, niż zatrzymaniu tej rozpędzonej maszyny. Tym razem rewolucja wydawała się niemożliwa.

I tu pojawił się Covid19, wirus, który zatrzymał na moment ten globalny system. To doskonały moment by przyjrzeć się sobie i światu. Jako współcześni ludzie jesteśmy zaskoczeni faktem, że jesteśmy częścią natury, i w związku z tym umieramy. Koronawirus jest częścią przyrody, z której wydawało nam się, że wyrośliśmy, lub którą mamy pod kontrolą. Wyobrażam sobie, że podobnie reagowalibyśmy gdyby do Ziemi niebezpiecznie zbliżała się asteroida. Bylibyśmy wówczas zaskoczeni, że jesteśmy częścią Wszechświata, bardzo małą Ziemią z bardzo ważnymi ludźmi.

Śmierć jest podstawowym wydarzeniem naszej egzystencji, która mimo zamknięcia w hospicjach, szpitalach, przytułkach przypomina nam o naszej ulotności. Jesteśmy ulotnymi istotami, w których naturę, podobnie jak całej przyrody wpisane jest przemijanie. To fakt egzystencjalny. Kultura i cywilizacja, szczególnie współczesna, polega w pewnym stopniu, na ukryciu tego faktu. Żyjemy nieraz w przekonaniu, jakbyśmy mogli konsumować nawet po śmierci. Covid19 postawił nas jednak w sytuacji paradoksalnej. Albo zmierzymy się ze śmiercią, chorobą, tym co należy do naszej natury albo wstrzymamy cały społeczny mechanizm, który właściwie chronił nas przed konfrontowaniem się z tą wiedzą. W pewien więc sposób, czy chcemy tego, czy nie zmierzymy się z naszą ulotnością, tymczasowością. Jest to więc moment rozdarcia zasłony, w której możemy dostrzec nie tylko naszą naturę, ale także iluzoryczność społecznie uzgodnionej rzeczywistości.

Zasłona prędzej czy później opadnie. Granice być może jeszcze bardziej będą chronione przed uchodźcami, rządy wprowadzą więcej regulacji, pozwalających roztoczyć więcej władzy. Wrócimy do kupowania, oraz pomijania ubogich. Ruszą fabryki w Chinach, z dziećmi przy taśmach. Obawiam się, że procesy te się zradykalizują.

Takie rozdarcie zasłony, jest jednak fundamentalnym momentem egzystencjalnym. Możemy w niej głęboko zobaczyć siebie, innych i świat. Żyjemy w pięknym świecie, wszechświat to sanktuarium. Iluzja naszej trwałości i ważności nie pozwala tego na codzień dostrzec.