Wspólnota, która nie nadchodzi.

Pęknięta dusza Polaka.

Maciej Popławski

Polacy w stanie zagrożenia się jednoczą – głosi jeden z panujących mitów narodowych. W czasie pokoju są skłóceni, nie potrafią wypracować zgodnego działania, lecz w momentach kryzysu, wojny, katastrofy odnajdują w sobie nieznane wcześniej możliwości i zasoby kształtowania wspólnoty. Ujawnianie tajnych współpracowników reżimu komunistycznego, dyskusje nad udziałem Polaków w zbrodni Holocaustu, konflikt postsolidarnościowy, i wreszcie posmoleńska wojna polsko – polska stawiają podstawowe pytania dotyczące nas jako wspólnoty oraz weryfikują zasadność powyższego mitu.

Mit ten był z jednej strony wyrazem rozliczenia się z przeszłością i katastrofą rozbiorów, rozumianą jako rezultat dbania o partykularne interesy szlachty i ziemiaństwa, a także wyrazem tęsknoty i nadziei na odzyskanie utraconej ziemi i wolności, która odkupiona miała być poprzez ofiarę. Poprzez poświęcenie, oddanie życia za wspólnotę odkupiona miała być zdrada i egoizm. W micie tym zawierało się więc oskarżenie siebie o oddanie wolności oraz przekonanie, że aby ją odzyskać należy poświęcić własne życie. Szaleńcze powstania były więc rodzajem składania siebie na ołtarzu.

Na mitycznym poziomie katastrofa smoleńska była przeżywana jako ofiara i hołd złożony poległym i zapomnianym w Katyniu. Przemilczani i zdradzeni jakby wymagali nowej ofiary. Jak duchy przypominają oni o błędach i niewypełnionych zadaniach. W duszach Polaków pojawiła się więc fantazja o przywódcy przejmujacym stery samolotu, który z obłędem i za wszelką cenę prowadzi go na stracenie. Równolegle pojawiła się również druga fantazja o spowitym mgłą lesie, w którym wrogie siły sprzymierzają się i ściągają bohaterskiego wodza w mrok i zadają śmierć. Obłęd, szaleństwo, ale też złe duchy, stracenie i ofiara wypełniają wyobraźnię Polaków.

Fantazje te same w sobie zdradzają dotkliwy brak liderów. Niewola i ucisk historycznie rodziły i stwarzały postać bohatera, wyzwoliciela, mesjasza. Chrześcijaństwo, i to chrześcijaństwo pełne znaków, symboli wypełniało i wspierało ten mit. Z jednej strony wybawca miał przyjść z zewnątrz, jak Bonaparte, którego do dziś czcimy w hymnie. Z drugiej bohater miał powstać pośród nas. To Piłsudski przedostający się w pociągu do kraju, aby dać mu niepodległość lub Wałęsa przeskakujący przez mur, aby dać wsparcie stoczniowcom. Pierwszy za wstawiennictwem Matki Boskiej miał odpierać i powstrzymać falę bolszewizmu, drugi z Matką Boską w klapie marynarki podejmował walkę z komunizmem. Żaden z nich jednak, mimo duchowych odniesień i symboli oraz głębokich nadziei w nich podkładanych nie potrafił zbudować wspólnoty.

Dlaczego wspólnota nie nadchodzi? Dlaczego wciąż kieruje nami nienawiść, zawiść, wrogość, wzajemna niechęć? Dlaczego w obliczu aktualnego zagrożenia, jakie stanowi epidemia nie pomagamy sobie, zaś politycy jak w obłędzie toczą ze sobą zażarte walki?

U podstaw powyższego mitu, i pęknięcia wspólnoty leży poczucie zdrady. Targowica, zamach majowy, szmalcownictwo i donosicielstwo. Kto wydawał Żydów, kto nie pomógł powstańcom, kto stał tam gdzie zomo, kto dogadał się z komunistami, kto donosi do Unii Europejskiej, kto jest szpiegiem Rosji? – te pytania, i oskarżenia wciąż stanowią podstawowe linie debaty politycznej. „Zdradzieckie mordy”, oskarżycielskie sformułowanie, jest najlepszym wyrazem tego pęknięcia. Zdrada i poczucie zdrady pociąga nieufność, oraz zawiść, ponieważ wydaje się, że ci, którym się udało osiągnęli to kosztem innych. Zdrada i poczucie zdrady leży u podstaw pęknięcia wspólnoty i współczesnego podziału.

Jan Paweł II, inny lider, w którym pokładane były nadzieje przyzywał Ducha Świętego do odnowienia Ziemi, a więc odnowienia wspólnoty. Czym miałoby być odnowienie Ziemi? Czym ma być nowa Ziemia? Pozostając w obrębie chrześcijańskich symboli, które nadal organizują naszą narodową tożsamość możemy dostrzec, że u źródeł chrześcijaństwa leży właśnie historia zdrady. Jezus został zdradzony przez uczniów. Judasz zdradził go z zawisci, Piotr ze strachu. Pierwszy w poczuciu winy dokonuje samobójstwa, unicestwia siebie, sam siebie wyklucza ze wspólnoty. Drugi trzykrotnie zapewniając Jezusa o swojej miłości, przekracza zdradę trzykrotnego zaparcia się. Jezus daje mu szansę powrotu do wspólnoty, i co więcej powierza mu za nią odpowiedzialność.

Budowanie wspólnoty nie polega na wymierzaniu kary, wyrównywaniu krzywdy, zemście, odwecie, ani też na tkwieniu w poczuciu winy, złożeniu ofiary, czy samozatraceniu. Wspólnota polega na przyjmowaniu z powrotem tych, którzy zawiedli. Wspólnota jest zgodą na słabość. Wspólnota zamienia zawiść w pragnienie.